czwartek, 29 czerwca 2017

Złoto i róż.

Dzień Dobry!


Róż i już. 😜 Nie ma chyba koloru, który lubiłabym na paznokciach bardziej. Jednym z moich letnich ulubieńców jeśli chodzi o "różowy efekt WOW!" jest lakier z (od niedawna już nieistniejącej) serii Catrice Crushed Crystals. Ma on nazwę Call Me Princess i, szczerze mówiąc, to mówi wszystko. To prześliczny, brokatowy, złoty róż. Nie przypomina jednak tak modnego ostatnio koloru rose gold (który, tak nawiasem, kompletnie mi się nie podoba), a raczej opalizujący na złoto, rozświetlający róż do policzków.  Lakier ma piaskową, chropowatą teksturę, która jest na tyle mocna, że pozostaje nieco wyczuwalna pod jedną warstwą topu. Kryje po dwóch warstwach, wysycha bardzo szybko (jak chyba wszystkie "piaski"), i daje iście królewski blask. Starałam się go uchwycić na zdjęciach, ale, jak to bywa, pełną moc osiąga dopiero w intensywnym słońcu bądź sztucznym świetle. 


 I chociaż wspomniałam wcześniej, że Call Me Princess to mój ulubieniec, to jednak używam go rzadko, jak z resztą wszystkich brokatowych lakierów. Doświadczone lakieromaniaczki domyślą się dlaczego. Tak, tak, zmywanie go to typowy brokatowy koszmar. Nawet metoda "na folię" zajmuje wieki. No ale, czego się nie robi, dla efektownego mani. 😉 



 Pozostałe paznokcie pomalowałam lakierem My Secret Chalky Matt Pink, który, chociaż matowy, jakoś wolę w wersji pokrytej topem. Złote (i jeden różowy) stemple pochodzą z płytki Born Pretty BP-L048, którą mam od niedawna, ale już zdążyłam pokochać całym sercem. 💗 Jest prześliczna i świetnie odbija wzory. 



I jak wam się podoba?  😉

sobota, 24 czerwca 2017

GUM+ preparat do zabezpieczania skórek, czyli bubel do kwadratu!

Dzień Dobry!


W przerwie między nowymi mani przychodzę do was z krótką notką-niepolecanką. Zauważywszy mój kurczący się zapas lateksu do skórek Born Pretty, postanowiłam zamówić "na próbę" coś nieco łatwiej dostępnego, na co nie trzeba będzie czekać miesiąca z hakiem, i co, być może, wyjdzie mnie korzystniej cenowo. Zasiadłam do Allegro, i spośród mnóstwa produktów typu peel off  padło na preparat GUM+. Przyznaję, skusiło mnie m. in. profesjonalnie wyglądające opakowanie, które dawało nadzieję, że nie jest to przelewany gdzieś w domowej kuchni klej wikol (albo coś gorszego! 😨), ale "sprawdziłam" też produkt w googlach. Samych opinii na jego temat znalazłam niewiele, ale te, z którymi udało mi się zapoznać, nie zapowiadały wcale tego koszmarku. Produkt ma w ofercie wielu sprzedawców, a ceny wahają się (za tę konkretną buteleczkę zapłaciłam 10 zł, ale widziałam i tańsze, i droższe), więc nie będę linkować konkretnego sklepu, chodzi przecież nie o winę sprzedawcy, a producenta. Przedstawiam tylko zdjęcie:


Produkt ma biały kolor, średnio gęstą konsystencję i, powiem szczerze, początkowo nic nie zapowiadało dramatu. 😒 Nałożyłam maź na skórki, odczekałam standardowy czas, który potrzebny jest lateksowi z Born Pretty (niecała minuta zazwyczaj), i... I nic. Pomyślałam - okej, minuta to w sumie nie za długo, poczekam dwie... W końcu skończyło się na prawie pięciu (!!!) a i tak produkt nie był do końca wyschnięty. Po prostu straciłam  cierpliwość. Zmyłam co nie zaschło i zeskrobałam resztki, zaczynając od nowa, tym razem bardzo cienką warstwą, logicznie zakładając, że mniej produktu=mniej do schnięcia=krótsze schnięcie. No ale w przypadku GUM+ prawa logiki najwyraźniej nie działają. Po trzech minutach na palcach nadal miałam mokre plamy. 

Zacisnęłam jednak zęby, myśląc, że może faktycznie warto poczekać, może ściąga się tak dobrze, że wynagradza to koszmarne schnięcie...? Hahahaha! Odpowiedź brzmi - NIE. Nie wiem czym jest GUM+, ale na pewno nie gumą, ani nie lateksem. Zaschnięty preparat rwie się na kawałki, roluje w mikroskopijne, przyklejające się do wszystkiego wałeczki (podobne do wiórków z gumkowania ołówka), a tam, gdzie uda się go zerwać we w miarę jednym kawałku i tak zostaje go masa przy skórkach. Normalnie "włazi" w eponychium i wały okołopaznokciowe tak, że można go wydłubać tylko ostro zakończonym patyczkiem! Brr. Owszem, przy lateksie BP czasem zdarzało mi się, że jakiś mikroskopijny fragmencik "utknął" i trzeba go było wydłubać pęsetą bądź patyczkiem, ale były to rzadkie przypadki na jednym, góra dwóch paznokciach na raz. Tutaj można śmiało uznać to za standard.

No właśnie, standard. Bo musicie wiedzieć, że chcąc dać produktowi szansę przeprowadziłam kilka kolejnych prób. Ale każda z nich wyglądała, niestety, tak samo. 😠 Podsumowując - nie polecam tego produktu, a nawet ostrzegam przed nim. Bubel do kwadratu i naciągactwo, ewidentnie ktoś próbuje zarobić "na fali" na preparaty do ochrony skórek. 

środa, 21 czerwca 2017

Plażowo.

Dzień dobry!

Ten wpis będzie kolejnym z serii "nie moich rąk". 😉 Tym razem prezentuję mani które wykonałam na paznokciach mojej mamy.  Jest to dla mnie zawsze trochę wyzwaniem, bo mama nosi krótkie albo bardzo krótkie paznokcie, i ma bardzo suche skórki (a to akurat u nas rodzinne... 😒) które natychmiast "łapią" kolor tak, że nawet pędzelek z acetonem nie daje rady. Ale raz na jakiś czas udaje mi się mimo to wyczarować jakieś cudo, i tak oto prezentuję wam to letnio-wakacyjne, nadmorskie mani. 


Za bazę posłużył mi beżowy lakier Golden Rose Express Dry 17, na który nałożyłam turkusowy gradient lakierem ze starszej wersji Sensique Strong&Trendy Nails 162. Z tego co widzę, w odnowionej palecie Sensique Color numerek lakieru pozostał ten sam, dodano mu tylko nazwę Marine. (Nawiasem mówiąc, bardzo lubię kiedy lakiery mają nazwy, a nie tylko numerki... Też tak macie?) Palmę odstemplowałam z jednej z moich plastikowych płytek no-name - cały wzór miał jeszcze biegnący przez środek napis "California", ale usunęłam go ze stempla taśmą klejącą, bo nie pasował mi do koncepcji. 😉 Mewy i muszelka pochodzą z płytki Harunota-11, która zawiera piętnaście pojedynczych, morsko-plażowych wzorów. Na to top, i gotowe! 


 Powiem szczerze, że to mani bardzo mi się podoba, i zastanawiam się, czy nie "skopiować" go i na sobie. 😜 Jak myślicie...?

piątek, 16 czerwca 2017

Neonowo!

Dzień dobry!


Dzisiaj przychodzę z dawką energii pod postacią neonowego gradientu! Poprzednie mani było bardziej wiosenne, niż letnie, więc teraz postawiłam na coś naprawdę przywołującego słońce. Mam nadzieję, że zadziała, bo od paru dni jest raczej pochmurno, a ja chcę w końcu wybrać się na plażę! 😉


Jako bazę, dla podbicia kolorów neonów, nałożyłam białą emalię, a potem wykonałam gradient lakierami China Glaze Grass is Lime Greener, Golden Rose Ice Chic 306, oraz dwoma nieponumerowanymi lakierami Pablotego wpisu. Atomówkowe serca odbiłam białym lakierem z płytki BP-11 która ma świetne, geometryczne wzory, w sam raz do takich właśnie szalonych, letnich mani. Zabezpieczyłam całość topem Sally Hansen Insta Dri, który niestety zgęstniał mi już totalnie, i przez to rozmazał trochę wzór. Ale proszę się temu zbyt wnikliwie nie przyglądać. 😜



Bawiłam się trochę ustawieniami aparatu, a potem nawet programem to obróbki zdjęć, żeby jakoś uchwycić jak bardzo "dają po oczach" te pazurki, ale już chyba taka klątwa neonów - nie da się oddać ich piękna na zdjęciu. 😉 I jak wam się podoba?

niedziela, 11 czerwca 2017

Watercolor - akwarelowe kwiatki.

Dzień dobry!


Już od jakiegoś czasu miałam ochotę na wypróbowanie metody watercolor na paznokciach. W internecie można znaleźć mnóstwo tutoriali i technik, które pozwolą nam osiągnąć ten bardzo wiosenny i lekki efekt obrazka-akwareli, a samo zdobienie, chociaż wydawać by się mogło skomplikowane, wcale takie nie jest. W skrócie, chodzi o to, by obrazek, który mamy na paznokciu rozmyć za pomocą alkoholu tak, by przypominał rozwodnioną farbkę. Ale zaraz! - powiecie - Jak to alkoholem? Rozmyć lakier?! Otóż tu kryje się cała tajemnica - nie lakier, a marker. A konkretnie marker typu permanentnego, który ładnie "schodzi" pod wpływem alkoholu. Sprawdziłam, i niestety, typowe mazaki do kolorowania, przeznaczone również dla dzieci, a więc "non toxic" nie nadają się do tego typu zdobień. 😞 Najlepsze są faktycznie szeroko polecane na zagranicznych kanałach czy bloga markery Sharpie. W Polsce stacjonarny dostęp do nich jest co prawda nieco ograniczony, ale bywają w dobrych sklepach papierniczych, Empiku, czy niektórych wielkich supermarketach. Zawsze też można zamówić je przez internet. Ja na szczęście posiadałam akurat odpowiednio wiosenne kolory (różowy, turkusowy, i fioletowy), więc mogłam od razu przystąpić do dzieła. 😉 


Technik, jak już mówiłam, jest wiele. Niektórzy "mażą" markerem po kawałku plastiku lub folii aluminiowej i zanurzonym w alkoholu pędzelkiem tworzą farbkę, którą później malują na paznokciu. Inni malują wzór od razu na paznokciu i dopiero już stworzony rozmywają pędzelkiem. Jeszcze inni maczają mazak w kropli alkoholu, żeby uwolnił pigment. Osobiście stwierdziłam, że najlepsza jest metoda pierwsza, ponieważ pozwala stopniować natężenie koloru, i swobodnie mieszać odcienie. Druga na moich paznokciach była kompletnym niewypałem - namalowany na lakierze wzór ani myślał "ruszyć się" i rozwodnić. Być może to kwestia tego, że metoda jest polecana raczej na amerykańskich blogach, a sprzedawany w USA spirytus kosmetyczny ma dużo większe stężenie alkoholu niż ten polski, (bo aż 91%)? Za to ostatnia, wydaje mi się, może łatwo zniszczyć nasze markery, więc na nią się nie porywałam. 


Po rozmieszaniu farbki po prostu puściłam wodze fantazji. I chociaż kompletnie nie umiem malować wzorów "z ręki", więc w międzyczasie ze dwa razy musiałam zmyć któryś średnio udany paznokieć, to ogólnie malowało mi się bardzo miło i efekt ogromnie mi się podoba. 😉 Na pozostałych paznokciach widzicie lakier Hean I love Hean 879, który niestety jest kolejnym koszmarkiem pędzelkowym. Chyba na dobre zraziłam się do tej marki. 😒 No ale, to nie ten lakier jest tutaj najważniejszy! 


I jak wam się podoba? Będziecie wypróbowywać tę metodę? 

wtorek, 6 czerwca 2017

Cztery Pory Roku - skoncentrowane masło do skórek i paznokci, z wit. E i masłem Shea.

Dzień dobry!

Dzisiaj wyjątkowo, nie pokazuję nowego mani, a kosmetyk, który chodził za mną od jakiegoś czasu, prosząc się o wypróbowanie. Jak chyba każda lakieromaniaczka mam też hopla na punkcie produktów do nawilżania paznokci. Chociaż staram się tę pasję ograniczać do jednego produktu na raz (bo samodzielnie mieszany olejek się przecież nie liczny, prawda? 😉), czasem coś tak bardzo wpadnie w oko, że nie ma zmiłuj. Tak więc przy okazji ostatniej wizyty w Rossmannie, chwyciłam skoncentrowane masło do skórek i paznokci, z wit. E i masłem Shea marki Cztery Pory Roku


Przyznam, że moje doświadczenia z kremami do rąk Cztery Pory Roku nie były zbyt zachęcające. Nie wiem, czy to kwestia braku szczęścia, czy specyfiki marki, ale wszystkie, które miałam okazję wypróbować były niewchłanialnymi, śliskimi koszmarkami. Na szczęście z masłem do skórek jest inaczej! 😊 Pierwsze co zaskoczyło mnie po otwarciu opakowania było to, że "masło" wcale nie jest masłem, a bardziej kremem. Produkt ma konsystencję kremu do twarzy, i to mało treściwego. Jest to dość niezwykłe jak na produkt do paznokci - zazwyczaj są one całkiem oleiste, albo tłusto-wazelinowate. Nietypowa konsystencja w żadnym razie nie jest jednak wadą! Masełko wchłania się szybko, i już po chwili można korzystać z komputera, czytać, czy wykonywać inne czynności bbez obawy, że obtłuścimy wszystko dookoła. Dla kogoś, kto tak jak ja, nie lubi siedzieć bezczynnie i prawie zawsze ma czymś zajęte ręce - idealnie. 😉


"Masło" wchłania się więc bardzo szybko, ale czy nawilża...? Cóż... jest przyzwoite. Skórki są ładnie zmiękczone, można je nawet odsunąć patyczkiem, skóra wokół paznokcia nabiera gładkości. Słowem - poprawny produkt. Nie użyłabym go pewnie jako podstawy "terapii" dla bardzo wysuszonych i kruchych paznokci, ale jako wspomagacz jak najbardziej. Bardzo dobrze sprawdzi się mim zdaniem do zwykłej, codziennej pielęgnacji. Szybkie wchłanianie to ogromny plus, więc ogółem, w skali 1-5, oceniłabym je na 4. 


Planujecie kupić? A może już używacie? 😊

czwartek, 1 czerwca 2017

Bling-bling! 💍

Dzień dobry!

Jak widać róż mi się jeszcze nie znudził. 😜 Jestem wielką fanką róży i fioletów na paznokciach, co zdecydowanie da się zauważyć zaglądając do mojego lakierowego pudełka: ponad połowa buteleczek to różne odcienie tych właśnie kolorów. A że wiosna sprzyja intensywnym kolorom, postawiłam na energetyzujący, prawie-neonowy lakier Bell z wycofanej już wieki temu kolekcji Air Flow Lotus Effect. Lakier, mimo że ma już kilka lat, trzyma się świetnie, a że jest jednym z moich ulubionych, zastanawiałam się co zrobię, jak mi się ta buteleczka w końcu zużyje. 😨 Na szczęście przypadkiem znalazłam prawie idealny odpowiednik tego koloru w serii I love Hean #877 Fresh raspberry!


Żeby nie było nudno, i żeby coś się błyszczało, paznokieć serdecznego palca ozdobiłam ułożonymi w łuk przy skórkach cyrkoniami, kupionymi za grosze gdzieś na Aliexpress. Bardzo miło mi się ten mani nosiło, chociaż cyrkonie sprawiły brzydką niespodziankę i już na drugi dzień odpadły w jednym miejscu. A że opadnięte cyrkonie na paznokciach świadczą w mojej opinii o baaardzo złym guście właścicielki (A tak w temacie cyrkonii, pamiętacie jeszcze modę na megadługie tipsiory z obowiązkowym kwadratowym frenczem i cyrkoniami? 😁 Sama takie nosiłam!), to  potraktowałam je odrobinką kleju do tipsów, i grzecznie siedziały aż do zmycia.


A wam jak się podoba? 😊